Nawet gdy sam Duch Święty zstąpił,
też by go pewnie odesłano
i dalej na wszystko narzekano...
Unikatowe nici nieskręcane z naturalnego jedwabiu, obecnie na wagę złota i powszechnie poszukiwane, oraz rozchwytywane na międzynarodowych aukcjach, gniją w zapomnieniu, nieużywane i marnowane, wśród pająków i śmieci na półkach manufaktury ŁAD.
To prawda, że zaniedbałam swój blog, ale moja długa nieobecność ma dobre usprawiedliwienie; jak zwykle siedzę po uszy w robocie i angażuję się w kilka projektów jednocześnie. Niestety, właśnie dziś jedno z moich najciekawszych zajęć nagle się skończyło i zwolniło mój napięty harmonogram, dzięki czemu mam chwilkę, by wszystko dokładnie opisać.
Zacznijmy więc od początku, czyli cofnijmy się w czasie o jakieś dwa miesiące - wtedy to dojrzała we mnie myśl o odkupieniu krosna żakardowego z podupadającej manufaktury Ład i rozwinięciu własnej twórczości dzięki możliwości tworzenia jedwabi z zaprogramowanymi raportami. Niestety pewne moje plany finansowe się nie powiodły i wiedziałam że prędko nie kupię sobie tej zabawki. Postanowiłam jednak nie rezygnować z marzeń i spróbować w inny sposób. Dzięki wstawiennictwu dawnego prodziekana, udało mi się skontaktować i umówić na spotkanie z panem Dariuszem Makowskim - sławnym właścicielem, sławnej, zabytkowej tkalni. Opowiedziałam wtedy o swoich planach, oraz o wszystkim czym się zajmuję. Następnie pozwoliłam sobie przedstawić dość odważną propozycję, a ponieważ z doświadczenia wiem, że gdy w grę wchodzą marzenia i niepowtarzalne okazje, nie warto być nieśmiałym - nie ukrywałam niczego ze swoich aspiracji. Powiedziałam więc, że znam możliwości krosien żakardowych i że bardzo chciałabym móc nauczyć się z nich korzystać, za nim w przyszłości będę miała okazję kupić podobną maszynę. Powiedziałam, że zależy mi możliwości eksperymentowania z surowcami i fakturami, oraz przede wszystkim, że moim marzeniem jest nauczyć się szyfrowania projektów tkanin na kartach perforowanych. Wtedy mogłabym realizować własne projekty (i to sygnowane), oraz odtwarzać wzornictwo historyczne. Powstałby wtedy nowy wzornik mojego autorstwa, który wzbogaciłby ofertę manufaktury, w której jak dotąd powstawały raczej nieciekawe tkaniny. Miałam zamiar sama rozpropagować ten wzornik wśród projektantów mody, dekoratorów wnętrz, scenografów, kostiumografów i teatrów (co mogłabym zrobić bez trudu), oraz umieścić oferty na międzynarodowych aukcjach. Co więcej, nie spodziewałam się wcale że zostanę w manufakturze zatrudniona, ale oczekiwałam podziału zysków w razie sprzedaży jakiejś tkaniny mojego autorstwa. Sama bym je projektowała, tkała, reklamowała i kupowała surowce, lub korzystała z tych które już były na miejscu.

widok ogólny pracowni z całym mnóstwem bezczynnych krosien.
Kiedy już o tym wszystkim opowiedziałam, spotkałam się z bardzo pozytywnym przyjęciem, co oczywiście trochę mnie zaskoczyło. Pan Makowski zgodził się, żebym uczyła się korzystania z krosien żakardowych pod okiem jedynej zatrudnionej tam tkaczki, a cała nauka miała być całkiem darmowa o ile uda mi się uzyskać odpowiednie pismo od uczelni. Był bardzo otwarty na moje pomysły, a nawet pocieszył mnie, że obecnie projektowanie wzorów jest łatwiejsze, ponieważ jest program komputerowy, który przetwarza wzory na karty perforowane i nie trzeba już się nad tym głowić, tak jak dawniej. Zaproponował nawet ku mojemu zaskoczeniu, że gdy nauczę się obsługi krosien, to będę mogła zatrudnić się przy realizacji większego projektu.
Byłam wniebowzięta, nie tylko mogłam skorzystać z bezpłatnej nauki, móc projektować i tworzyć własne tkaniny, ale wręcz dostałam propozycję zatrudnienia w tym wspaniałym miejscu położonym w głębi królewskiego parku łazienkowskiego. Czy na urlopie dziekańskim mogło mnie spotkać cokolwiek lepszego?
Oczywiście bardzo szybko załatwiłam sobie odpowiednie pismo, które moja pani prodziekan wysłała do tkalni listem poleconym i oficjalnie rozpoczęłam praktyki studenckie w manufakturze Ład.
Karty perforowane na półkach w pracowni.
Niestety bardzo szybko okazało się, że nie wszystko jest tak kolorowe jak w czasie pierwszej rozmowy. Pierwszym problemem była osnowa... Krosno podnóżkowe przy którym usiadłam na początku (na żakardowe miał jeszcze przyjść czas), miało osnowę zrobioną z pakuł - takich samych jakich używało się kiedyś do uszczelniania rur. Inne krosna miały osnowy niewiele lepsze - szarych, grubych i luźno rozłożonych nici lnianych. Przy nauce rzecz jasna nie stanowi to problemu, jednak łatwo sobie wyobrazić, że realizowanie jakichkolwiek "ładnych" tkanin, z jedwabnymi, czy metalowymi wątkami nie ma sensu, skoro podstawa tkaniny jest tak siermiężna jak worek na ziemniaki. Okazało się, że pani tkaczka, która miała mnie uczyć, nie potrafiła zmienić osnowy i nigdy nie próbowała tego robić przez kilkadziesiąt lat swojej pracy (sic!). Do nakładania osnowy, do manufaktury Ład przyjeżdża raz na jakiś czas specjalna osoba. Założone osnowy mają wtedy służyć tak długo, aż się skończą. To znaczy że nie można dobierać osnowy ani pod względem surowca, ani grubości, ani koloru do konkretnej tkaniny i że zawsze jest ona przypadkowa, a co gorsza bardzo siermiężna. Postanowiła się tym problemem jednak nie przejmować, ale zaznaczyłam, że chciałabym bardzo nauczyć się zakładania osnów, ponieważ inaczej tworzenie tkanin nie ma najmniejszego sensu. Nie mniej jednak sytuacja zapowiadała się w dalszym ciągu bardzo obiecująco i nawet fakt, że wspomniany wcześniej program komputerowy do projektowania tkanin tak naprawę nie istniał (tzn. istniał ale w Łodzi) mnie pomniejszył mojego zapału, ponieważ zostałam umówiona z osobą która miała mnie nauczyć szyfrowania wzorów tradycyjną metodą. To mi w gruncie rzeczy w ogóle nie przeszkadzało, a nawet było interesujące.

Prawdziwe problemy nastały dopiero gdy przyszłam do pracowni trzeci raz i.... nikogo nie zastałam. Zadzwoniłam więc do pani tkaczki, która miała mnie uczyć i dowiedziałam się, że już tam nie pracuję, bądź nie pracuje tym czasowo, ale nie wiadomo kiedy będzie pracowała znowu. Skończyła się wtedy moja naiwność, zrozumiałam że coś się święci i że być może nie uda mi się zrealizować wszystkich planów tak jak chciałam. Ale postanowiłam mimo wszystko wyciągnąć z tych praktyk tyle ile się da i tego dnia zapełniłam szkicownik rysunkami mechanizmów maszyn tkackich, które mogłyby mi pomóc w przyszłości zbudować własne krosno samodzielnie.
Następnie praca i sprawy osobiste zmusiły mnie do zrobienia małej przerwy w swojej "pracy" w tkalni. Po powrocie miała odbyć się obiecana nauka przenoszenia wzorów na karty perforowane. Miałam również ponownie spotkać się z panem Makowskim i zaplanować z nim wspólnie dalszy ciąg odbywania praktyk. I tak oto dochodzimy do dnia dzisiejszego. Wstaję rano, jadę do Łazienek, idę do tkalni, gdzie spodziewałam się jej właściciela z którym byłam umówiona. Niestety manufaktura była zamknięta. Weszłam więc od strony sklepu i zadzwoniłam do pana Makowskiego, żeby spytać za ile można się go będzie spodziewać. Rozmowa rozwinęła się jednak w taki sposób, że omówiliśmy wszystko przez telefon. I w ten oto sposób dowiedziałam się że (uwaga!): nie będę uczyć się kodowania wzorów na kartach, ani nawet podstawowego korzystania z krosna żakardowego (przypominam że do tej pory ani razu przy takim n ie usiadłam, chociaż tego miały dotyczyć moje praktyki które przecież już oficjalnie odbywały się z ramienia uczelni państwowej). Swoją decyzję pan Makowski uargumentował faktem, że ponieważ nikt nie kupuje już tkanin z jego sklepu, to nie będą już produkować żakardów i dlatego nie ma sensu żeby ktoś się tego uczył. Kiedy delikatnie zasugerowałam, że być może sprzedaż by wzrosła gdyby tkaniny były bardziej atrakcyjne, pan powiedział że nie jest instytucja charytatywną. Zaproponował mi również wzięcie udziału w kursie tkackim za który musiałabym zapłacić (mimo że oficjalnie odbywałam praktyki i miałam uczyć się bezpłatnie!), na dodatek kurs miałby dotyczyć tworzenia tkanin gładkich o prostych splotach, a takie rzeczy robić potrafię i mogę sobie robić w domu, o czym pan Makowski dobrze wie.

Zrozumiałam że dzisiejsza wizyta w manufakturze była moją ostatnią i że zostałam z niezrozumiałych przyczyn oszukana, oraz że moje praktyki studenckie, które zostały za namową samego pana Makowskiego, oficjalnie załatwione przy udziale pani prodziekan, nie zostaną zaliczone!
I teraz kilka wniosków z tej lekcji życia:
Po pierwsze proszę nie słuchać bredni związanych z manufakturą Ład, nazywaną również Królewską Manufakturą Gobelinów.
Pierwsze kłamstwo to takie, że w tkalni są jedyne w Europie zabytkowe krosna żakardowe. W rzeczywistości, w samej Polsce jest ich więcej - chociażby w Łodzi. Takie krosna są zapewne w każdym kraju.
Drugie kłamstwo jest takie że nie ma ludzi chętnych do pracy i dlatego nie tworzy się tam tkanin. Ja byłam chętna pracować za darmo a mi odmówiono!
Trzecie kłamstwo jest takie, że nikt nie chce ręcznie tkanych tkanin kupować. Owszem, nikt nie chce kupować tych tkanin jeżeli są brzydkie - zrobione z pakuł i szarych, lnianych sznurków, oraz mają nieciekawe wzory przypominające komunistyczną cepelię. Nikt też nie kupi czegoś co nie jest w żaden sposób reklamowane, co nie ma sklepu w internecie i co jest niewiarygodnie drogie a jednocześnie brzydkie.
Manufaktura ta nie upada z powodu braku funduszy, złych warunków, braku chętnych i innych powodów. Upada tylko i wyłącznie z powodu braku wyobraźni, marnotrawstwa przechodzącego wszelkie pojęcie i utrudniania realizacji wszelkiej inicjatywy. Bo jeżeli odrzuca się czyjąś chęć darmowej pracy, czyjeś zaangażowanie, zwłaszcza gdy ta osoba ma odpowiednią wiedzę i talenty artystyczne, to już chyba nic nie pomoże takiej instytucji. Nawet gdy sam Duch Święty zstąpił, też by go pewnie odesłano i dalej na wszystko narzekano...
Zdjęcie tkaniny na pakułach do uszczelniania rur (sic!), którą zrobiłam w ciągu 4 godzin na całkowicie ręcznym bo uszkodzonym krośnie podnóżkowym - jedyna rzecz którą ostatecznie pozwolono mi zrobić (sic!)
Nie wiem co będzie z moimi praktykami, ale wiem, że wystarczyłoby mi jedno tylko takie krosno, druga osoba do współpracy, a mogłabym stworzyć piękne tkaniny, sprzedawać je w Polsce, we Włoszech, w Anglii i w Rosji, mogłabym pracować w upale i w mrozie, od świtu do nocy i odniosłabym sukces, który przekraczałby jakiekolwiek dokonania istniejącej obecnie instytucji posiadającej kilkanaście, lub kilkadziesiąt maszyn, kilometry unikatowej, jedwabnej nici po której chodzą pająki, oraz wsparcie państwa i masy instytucji.