niedziela, 16 lipca 2017

Late 18th century mourning dress

fot. Anna Nurzyńska-Dziemska

Ostatnio rzadziej publikuję efekty mojej pracy, ale to nie znaczy, że pracuję mniej. W Atelier Saint Honore powstaje wiele nowych projektów, którymi wkrótce się z Wami podzielę. Ostatnio brałam udział w projekcie filmowym "Niepodległa" jako kostiumograf. Mimo, że produkcja była niewielka i większość kostiumów została wypożyczona, udało mi się przemycić kilka własnych kostiumów, które powstały w mojej pracowni. Jednym z nich jest kreacja żałobna z II ćwierci XVIII wieku dla młodej damy w scenie związanej z Konstytucją III Maja. 
Suknię uszyłam sama z granatowej tafty, która sprawia wrażenie szlachetnej czerni. Wybrałam najprostszy model a la anglaise uzupełniony o czarne rękawiczki i chustę fichu. Główną rolę odgrywał tu olbrzymi kapelusz henrykowski dekorowany czarnymi i fioletowymi, jedwabnymi wstążkami, oraz piórami. Prostota sceny filmowej nie pozwoliła mi na bardziej złożony projekt, ale gdybym tworzyła tą suknię dla kogoś innego, lub do filmu o innym charakterze, to z pewnością dodałabym kremową szarfę wiązana w talii i użyłabym fichu w czarne kropeczki. Być może również spódnica byłaby w kropki? Ciekawym zabiegiem kosmetycznym, który podobno stosowały XVIII-to wieczne damy w żałobie, było czernienie policzków pudrem z węgla. Wspomina o tym Andrzej Banach, ale również widać to na niektórych grafikach modowych z końca wieku. 

At last I rarely publish the effects of my work, but that does not mean I work less. In Atelier Saint Honore a number of new projects are being created, which I will soon share with you. Recently I participated in the film project "Niepodległa" as a costume designer. Although the production was small and most of the costumes were borrowed, I was able to smuggle some of my own costumes that were made in my studio. One of them is a mourning gown from the 3th quarter of the 18th century for a young lady in a scene related to the Constitution 1791.
I made the dress of dark navy taffeta, which gives the impression of noble black. I chose the simplest model a la anglaise supplemented with black gloves and shawl fichu. The gigantic hat in Henry IV style was decorated with black and purple silk ribbons and feathers. The simplicity of the movie scene did not allow me to make a more complex project, but if I made this dress for someone else, or for a movie of a different character, I would definitely add a creamy waistband attached to the waist and I would use fichu in black dots. Perhaps also a skirt would be in the dot? An interesting cosmetic treatment, reportedly used by the eighteenth-century mourning ladies, was the blackening of the cheeks with carbon powder. Andrzej Banach mentions it, but also on some end-of-fashion fashion graphics.

fot. Anna Nurzyńska-Dziemska / modelka Monika Krajewska z Towarzystwo Stanisławowskie

fot. Anna Nurzyńska-Dziemska / modelka Monika Krajewska z Towarzystwo Stanisławowskie

fot. Anna Nurzyńska-Dziemska / modelka Monika Krajewska z Towarzystwo Stanisławowskie

fot. Anna Nurzyńska-Dziemska / modelka Monika Krajewska z Towarzystwo Stanisławowskie

 fot. Anna Nurzyńska-Dziemska / modelka Monika Krajewska z Towarzystwo Stanisławowskie

fot. Anna Nurzyńska-Dziemska / modelka Monika Krajewska z Towarzystwo Stanisławowskie


fot. Anna Nurzyńska-Dziemska / modelka Monika Krajewska z Towarzystwo Stanisławowskie


fot. Anna Nurzyńska-Dziemska / modelka Monika Krajewska z Towarzystwo Stanisławowskie



środa, 24 maja 2017

Noc Muzeów w Walewicach 2017


Miniony weekend miałam przyjemność spędzić w raz z Towarzystwem Stanisławowskim w pałacu w Walewicach. To był niezapomniany, wspaniały czas. W sobotę urządziliśmy piknik i dioramę w kostiumach na dziedzińcu pałacu. Nasz przyjaciel Ludwik czesał po kolei wszystkie panie na oczach zwiedzających, a my oddawaliśmy się spacerom i grze w karty. Po południu zorganizowaliśmy pokaz mody dla turystów, który odbył się na malowniczym, pałacowym tarasie z omszałego piaskowca. Ja wystąpiłam w mojej kreacji a la turquerie, którą ostatnio bardzo polubiłam i w której czułam się bardzo dobrze. Po pokazie udaliśmy się wszyscy do swoich pokoi. Zwłaszcza my - panie, cierpiące w ciasnych pantofelkach i pięknych sukniach na upale musiałyśmy nieco odpocząć. W samych gorsetach i halkach ległyśmy więc w fotelach i łóżkach. Już wtedy wszystkim dopisywały humory i czuć było atmosferę epoki. Po tym rozkosznym odpoczynku zaczęliśmy szykować się do uroczystej kolacji. Niektórzy przebrali się w stroje wieczorowe. Ja zaś uznałam, że moja suknia nie jest aż tak oficjalna, żeby nie mogła w niej paradować na pikniku, a jednocześnie jest idealna na wieczór, dzięki czemu nie musiałam się znowu przebierać. Oczywiście ciągłe zmiany toalety to sama przyjemność, jednak to wymaga czasu, którego nie zawsze mamy pod dostatkiem na naszych rekonstrukcjach. A przecież każda niestaranność niweczy cały efekt. Samo upięcie mojego turbanu, zdobionego gwiaździstymi broszami jest czasochłonne i czasem zajmuje pół godziny, gdy zaczynam wciąż od nowa. Odpowiednie upięcie piór to kolejne wyzwanie. Może brzmi to zabawnie, ale przecież te konstrukcje nie tylko maja pięknie wyglądać i mieć odpowiednią kompozycję, ale również muszą przetrwać wiele godzin i napór porywistych wiatrów, których w ten weekend nie brakowało. 
Kolacja w pałacowej jadalni była rodzaje inscenizacji. Wcieliliśmy się w role postaci z rodziny Walewskich, z drugie połowy XVIII wieku była z nami również gościnnie pani marszałkowa wraz z damami. Przy świetle świec opowiedzieliśmy zwiedzającym o odgrywanej sytuacji i naszych rolach, a także strojach wieczorowych, których wcześniej nie było na pokazie mody. Muszę przyznać, że wejście w te role bardzo pomogło wczuć się w atmosferę kolacji i było inspiracją do żartów. Zjedliśmy przepyszną kaczkę z jabłkami, a następnie myszkowaliśmy trochę po pałacu. Kiedy wszyscy zwiedzający opuścili muzeum, mieliśmy wreszcie czas tylko dla siebie. Urządziliśmy sobie nocny piknik w szampanem i winem. Bawiliśmy się do trzeciej nad ranem. Były nawet tańce. Pamiętam tę noc jak ferie błyszczących w świetle świec jedwabi, których szelest mieszał się z naszymi śmiechami. Dawno nie bawiłam się tak dobrze. Ta noc, prawdziwie przeniosła nas w czasie.
Następnego dnia rano nie wszyscy czuli się na siłach aby kontynuować rekonstrukcję. Ja jednak obudziłam się rześka i pełna energii. Być może na moje samopoczucie wpłynął fakt, że miałam właśnie "wystąpić" w nowiutkim stroju - robe de chambre, który prezentowałam we wcześniejszym poście. W tym uroczym negliżu czułam się doskonale jedząc śniadanie przy piknikowym stole przed pałacem. Niestety huczna zabawa minionej nocy sprawiła, że większość z nas wyjechała do Warszawy tuż po śniadaniu. W tej sytuacji nie miałam już okazji założyć stroju sportowego, który przygotowałam na drugi dzień. Dla mnie powrót do Warszawy był nieco smutnym powrotem do współczesności. Intensywność tego weekendu bardo nas zmęczyła, ale jednocześnie pozostawiła głęboką tęsknotę. 





























wtorek, 23 maja 2017

Robe de chambre - rococo quintessence

fot. Ewa Pichór

Ostatnio okoliczności zmusiły mnie, żebym spełniła swoje kolejne marzenie i sprawiłam sobie XVIII to wieczną kreację negliżową - robe de chambre z klasycznym banyanem z mieniącej się tafty. Co prawda zdecydowałam się na to w ostatniej chwili na wieść o śniadaniu w kostiumach po nocy muzeów w pałacu w Walewicach. Uszyłam go w nocy prawie na kolanie, chociaz starałam się, żeby wyglądał dobrze i służył mi długo. Nie spodziewałam się jednak, że praca nad tym strojem będzie miała dla mnie tak wysoką wartość doświadczalną pod kątem kostiumologicznym. Dosłownie na własnym przykładzie odkryłam sposób w jaki suknia mantua wyewoluowała z banyanu, co dotąd było dla mnie tylko pustą teorią. Byłam przekonana, że kreacja tak złożonej sukni z tak prostego, kimonowego "szlafroka" to skomplikowany proces, a tu okazało się, że prawdopodobnie mantua wynalazła się przez przypadek. Doszłam do tego przy pierwszej przymiarce, kiedy zauważyłam, że banyan bardzo poszerza mi ramiona i byłam tym nieco zawiedziona. Spontanicznie podwinęłam więc nieco poły według zagięć, które same rysowały się od ramion do ziemi i nagle mnie mnie olśniło. W ten sposób musiały powstać fałdy wzdłuż otwarcia sukni, które przechodzą przez ramiona i płynnie zamieniają się w fałdę na plecach. Tak też się stało w moim przypadku. Właściwie powstał w ten sposób bardzo kobiecy strój negliżowy, urocza luźna szata, piętrząca się wokół gorsetu jak na barokowych obrazach. W konstrukcji tego ubioru widać wyraźny prototyp mantui a także deszabilki, która jest niemal identyczną suknią jak mój robe de chambre. Wszak deszabilka była powrotem do korzeni mantui, a pierwsze z nich były prawdopodobnie szlafrokami noszonymi w przestrzeni publicznej, o widać na niektórych obrazach Watteau. Jedyna różnica między nimi a moim negliżem jest taka, że ograniczona ilość tkaniny nie pozwoliła mi na zbyt rozbudowane plecy. Ale i tak uwielbiam ten kostium. To kwintesencja stylu rokoko. 
Podszewka szlafroka uszyta jest z tafty w kolorze dopełniających wierzchnią. Pięknie zgrywa się to z moim nowym łososiowym gorsetem i spódnicą do kompletu. Na szyi dwie kolarety: koronkowa i futrzana - dodają twarzy słodyczy i niepowtarzalnego klimatu rokokowej estetyki. Dużo efektu dodają tez moje nowe angażanty, które mają przepiękny wzór. Niestety to maszynowe, poliestrowe koronki, ale uprałam je w herbacie i teraz wyglądają na prawdę przyzwoicie. 

fot. Ewa Pichór

fot. Ewa Pichór

fot. Ewa Pichór

wtorek, 9 maja 2017

My new gorgeous costume

fot. Cezary Pomykało

       Today I am proud to present you the latest costume form Atelier Saint-Honore. This is my new, wonderful creation that I loved. I do not want to brag, but I'm really happy with it and I have the feeling that it's my first costume, in which I feel as natural as my second skin. I also think that it suits me very well and corresponds to how I want to be perceived. The origin of this costume is very interesting and surprising. Actually, this dress was created by myself with the help of my hands, but without my mind. By sewing it, I felt as if it were alive and told me what to do. Initially, I had slightly different plans. I bought a beautiful half-silk velvet in apricot color that fits my skin beautifully. Of course my sewing started with lining, as a testbed. I chose the remains of pearly satin. When I sewn a top coat out of him, I suddenly dazzled. I decided that this shiny white in itself is so beautiful, elegant and classic that in its simplicity and beauty it will make a tremendous impression amidst the colorful and richly decorated costumes of other reenactors at the picnic. The velvet remained on the pile of fabric "in stock," and I rushed to the wholesalers hoping the pearl satin was not over yet. I was very lucky and bought just a few yards away, just in case. Somewhat heavy, fleshy, beautifully shiny fabric, nicely laid in the hands.

    Dzisiaj z dumą prezentuję Wam ostatni z najnowszych kostiumów Atelier Saint-Honore. To moja nowa, wspaniała kreacja, którą pokochałam. Nie chcę się chwalić, ale jestem z niej naprawdę zadowolona i mam poczucie, że to mój pierwszy kostium, w którym czuję się tak naturalnie, jakby był moja drugą skórą. Myślę też, że bardzo do mnie pasuje i odpowiada temu, jak pragnę być postrzegana.      Historia powstania tego stroju jest bardzo ciekawa i zaskakująca. Właściwie ten strój sam siebie stworzył przy pomocy moich rąk, ale bez udziału mojego umysłu. Szyjąc go, miałam wrażenie jakby był żywy i podpowiadał mi co mam robić. Początkowo miałam nieco inne plany. Kupiłam przepiękny półjedwabny aksamit w kolorze morelowym, który pięknie pasuje do mojej karnacji. Oczywiście szycie zaczęłam jednak od podszewki, traktując ją jako formę próbną. Wybrałam resztki perłowego atłasu. Kiedy uszyłam z niego stanik, nagle mnie olśniło. Uznałam, że ta błyszcząca biel sama w sobie jest tak piękna, elegancka i klasyczna, że w swojej prostocie i pięknie będzie robiła olbrzymie wrażenie pośród barwnym i bogato dekorowanych kostiumów innych rekonstruktorów na pikniku. Morelowy aksamit pozostał więc na stercie tkanin "na zapas", a ja popędziłam do hurtowni w nadziei na to, że perłowy atłas jeszcze się nie skończył. Miałam dużo szczęścia i kupiłam od razu parę metrów więcej, tak na wszelki wypadek. Nieco ciężka, mięsista, pięknie lśniąca tkanina, przyjemnie układała się w dłoniach.

fot. Cezary Pomykało

       During my work, quite by chance, on the surface of my pearly satin fell off a piece of silk taffeta in ultramarine color. The effect was striking - a beautiful, bright contrast of electrifying pomegranate, which shone on a light background. I knew I needed to use it somehow. I decided to make subtle cuffs and buttonholes in this color.
           The next surprise came at the first try. I was closing the top coat with the pins from bottom to top. Before I closed the whole, the top of the neckline was slightly loosened to form aa unwound collar. Initially, I was planning the costume to be closed under the neck with a collar under the beard as in a typical hunting suit. However, this effect, which I saw in the mirror, changed my attitude. I kept this effect and emphasized it further by sewing the flap of the brightly blue taffeta collar I used for other finishes. And it was not the end of the evolution of the collar. At the end of the work, when I combined upper surface with the lining, it turned out that the collar of one layer is larger than the other. Of course, I could cut it, but ... The double collar of varied size was just amazing. This element gave the unique character and made the creation a true work of haute couture.

       W trakcie pracy, zupełnie przypadkiem, na powierzchnię mojego perłowego atłasu upadł mi kawałek jedwabnej tafty w kolorze ultramaryny. Efekt był porażający - przepiękny, jaskrawy kontrast elektryzującego granatu, który zaświeciła na jasnym tle. Wiedziałam, że muszę to jakoś wykorzystać. Postanowiłam zrobić subtelne wykończenia mankietów i dziurki do guzików w tym kolorze.
           Następne zaskoczenie spotkało mnie przy pierwszej przymiarce. Zapinałam stanik na szpilki od dołu do góry. Zanim zapięłam całość, góra przy dekolcie, nieco się odwinęła tworząc wykładany kołnierz. Początkowo planowałam, żeby kostium był zapinany pod szyję z kołnierzykiem pod brodą jak w typowym stroju sportowym do polowania. Jednak ten efekt, który zobaczyłam w  lustrze zmienił moje nastawienie. Zachowałam ten efekt i podkreśliłam go jeszcze, szyjąc klapy kołnierza z jaskrawo niebieskiej tafty, której użyłam do innych wykończeń. A z resztą to nie był koniec ewolucji kołnierza. Pod koniec pracy, kiedy łączyłam wierzch z podszewką, okazało się, że kołnierz jednej warstwy jest większy od drugiego. Oczywiście mogłam to przyciąć, ale... Podwójny kołnierz o zróżnicowanej wielkości to dopiero było coś. Ten element nadawał całości niepowtarzalnego charakteru i czynił kreację prawdziwym dziełem haute couture. 
         
fot. Cezary Pomykało

              I know that in the mid-eighteenth century, when wearing such outfits, they were not finished with this type of collar, but on the other hand they were fashionable in the 80's and 90's, so I thought it worth a bit to bend the rigid rules of reenactment for such a beautiful effect.
               Finally, I made a decision about my skirt, gloves and a hat with veil. I chose black, referring intentionally to Christian Dior's New Look style of 1948. I wanted to show the correspondence of styles in fashion over the ages. In the end, Dior created the look of New Look inspired sports clothing from the mid 18th century. He retained the form of a hat, a jacket and a skirt, introduced only slight modifications to the bodice cut, the length of the skirt and the shape of the hat. The colors I used would probably be rare in the eighteenth century, but not impossible.
                   So here was a costume that it invented himself, for me :)

         Wiem, że w połowie XVIII wieku, kiedy noszono takie stroje, nie wykańczano ich tego typu kołnierzami, ale z drugiej strony były one modne w latach 80' i 90', więc uznałam, że warto troszeczkę nagiąć sztywne reguły rekonstrukcji dla tak pięknego efektu. 
              Na koniec podjęłam decyzję o spódnicy, rękawiczkach i kapeluszu z welonem. Wybrałam czerń, nawiązując umyślnie do stylu New Look Christiana Diora z 1948 roku. Chciałam z przymrożeniem oka pokazać korespondencję stylów w modzie na przestrzeni epok. W końcu Dior tworząc sylwetką New Look inspirował się właśnie strojem sportowym z połowy XVIII wieku. Zachował formę kapelusza, żakietu i spódnicy, wprowadził jedynie niewielkie zmiany w kroju stanika, długości spódnicy i kształcie kapelusza. Kolory, których użyłam, byłyby pewnie rzadkością w XVIII wieku, ale nie niemożliwością. 
                  Tak oto powstał kostium,który wymyślił się sam, dla mnie :)


Dior New Look

fot. Cezary Pomykało

fot. Cezary Pomykało

And some photos from the event:


fot. Paweł Czarnecki / Muzeum Łazienki Królewskie

fot. Jadwiga Żukowska

 fot. Agnieszka Kozak

 fot. Agnieszka Kozak

 fot. Paweł Czarnecki / Muzeum Łazienki Królewskie

 fot. Wojciech Kuhn

 fot. Wojciech Kuhn

fot. Wojciech Kuhn