środa, 24 maja 2017

Noc Muzeów w Walewicach 2017


Miniony weekend miałam przyjemność spędzić w raz z Towarzystwem Stanisławowskim w pałacu w Walewicach. To był niezapomniany, wspaniały czas. W sobotę urządziliśmy piknik i dioramę w kostiumach na dziedzińcu pałacu. Nasz przyjaciel Ludwik czesał po kolei wszystkie panie na oczach zwiedzających, a my oddawaliśmy się spacerom i grze w karty. Po południu zorganizowaliśmy pokaz mody dla turystów, który odbył się na malowniczym, pałacowym tarasie z omszałego piaskowca. Ja wystąpiłam w mojej kreacji a la turquerie, którą ostatnio bardzo polubiłam i w której czułam się bardzo dobrze. Po pokazie udaliśmy się wszyscy do swoich pokoi. Zwłaszcza my - panie, cierpiące w ciasnych pantofelkach i pięknych sukniach na upale musiałyśmy nieco odpocząć. W samych gorsetach i halkach ległyśmy więc w fotelach i łóżkach. Już wtedy wszystkim dopisywały humory i czuć było atmosferę epoki. Po tym rozkosznym odpoczynku zaczęliśmy szykować się do uroczystej kolacji. Niektórzy przebrali się w stroje wieczorowe. Ja zaś uznałam, że moja suknia nie jest aż tak oficjalna, żeby nie mogła w niej paradować na pikniku, a jednocześnie jest idealna na wieczór, dzięki czemu nie musiałam się znowu przebierać. Oczywiście ciągłe zmiany toalety to sama przyjemność, jednak to wymaga czasu, którego nie zawsze mamy pod dostatkiem na naszych rekonstrukcjach. A przecież każda niestaranność niweczy cały efekt. Samo upięcie mojego turbanu, zdobionego gwiaździstymi broszami jest czasochłonne i czasem zajmuje pół godziny, gdy zaczynam wciąż od nowa. Odpowiednie upięcie piór to kolejne wyzwanie. Może brzmi to zabawnie, ale przecież te konstrukcje nie tylko maja pięknie wyglądać i mieć odpowiednią kompozycję, ale również muszą przetrwać wiele godzin i napór porywistych wiatrów, których w ten weekend nie brakowało. 
Kolacja w pałacowej jadalni była rodzaje inscenizacji. Wcieliliśmy się w role postaci z rodziny Walewskich, z drugie połowy XVIII wieku była z nami również gościnnie pani marszałkowa wraz z damami. Przy świetle świec opowiedzieliśmy zwiedzającym o odgrywanej sytuacji i naszych rolach, a także strojach wieczorowych, których wcześniej nie było na pokazie mody. Muszę przyznać, że wejście w te role bardzo pomogło wczuć się w atmosferę kolacji i było inspiracją do żartów. Zjedliśmy przepyszną kaczkę z jabłkami, a następnie myszkowaliśmy trochę po pałacu. Kiedy wszyscy zwiedzający opuścili muzeum, mieliśmy wreszcie czas tylko dla siebie. Urządziliśmy sobie nocny piknik w szampanem i winem. Bawiliśmy się do trzeciej nad ranem. Były nawet tańce. Pamiętam tę noc jak ferie błyszczących w świetle świec jedwabi, których szelest mieszał się z naszymi śmiechami. Dawno nie bawiłam się tak dobrze. Ta noc, prawdziwie przeniosła nas w czasie.
Następnego dnia rano nie wszyscy czuli się na siłach aby kontynuować rekonstrukcję. Ja jednak obudziłam się rześka i pełna energii. Być może na moje samopoczucie wpłynął fakt, że miałam właśnie "wystąpić" w nowiutkim stroju - robe de chambre, który prezentowałam we wcześniejszym poście. W tym uroczym negliżu czułam się doskonale jedząc śniadanie przy piknikowym stole przed pałacem. Niestety huczna zabawa minionej nocy sprawiła, że większość z nas wyjechała do Warszawy tuż po śniadaniu. W tej sytuacji nie miałam już okazji założyć stroju sportowego, który przygotowałam na drugi dzień. Dla mnie powrót do Warszawy był nieco smutnym powrotem do współczesności. Intensywność tego weekendu bardo nas zmęczyła, ale jednocześnie pozostawiła głęboką tęsknotę. 





























4 komentarze:

  1. szczerze zazdroszczę wspaniałej atmosfery, wcielanie się w XVIII wieczne role musi być ekscytujące...
    Pani w zielonym caraco (Monika?) cudownie wygląda, jakby wyjęta z epoki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to Monika, jej kostium szyłam własnoręcznie ;)

      Usuń
    2. wiem, że Pani szyła, kostium jest przepiękny, do tego Pani Monika prezentuje się w nim cudownie, Pani zresztą - jak zawsze perfekcyjnie, choć nie przepadam za robe a la reine, to podoba mi sie Pani na zdjęciu 10 od góry (nie licząc tytułowego)

      Usuń
    3. Ach to nie jest chemise a la reine tylko suknia a la anglaise, skrojona do gorsetu ;) Zmyliła Pana tkanina, bo też jest uszyta z batystu. A koleżanka też nazywa się Monika.

      Usuń